Na Wielkanoc

Zastanawiam się, co jest najważniejsze w świętach. Generalnie rzadko wypowiadam się na tematy religijne, starając się nie komentować zarówno swoich, jak i czyichś poglądów w tym zakresie. Dochodzę jednak do wniosku, iż czasem można zrobić wyjątek, nie wdając się przy tym w demagogię. A kiedyż zrobić ten wyjątek, jeśli nie w najważniejsze święto religijne w kulturze chrześcijańskiej?

Patrzę na program TV. Komedie, seriale, kreskówki, talent-show. W lodówce chrzan, jajka, wędliny – czekają na zapakowanie do koszyka i święcenie. W barku wódka i stare biszkopty. Wyprasowana koszula, wypucowane buty i zapach wody po goleniu. Gdzieś kątem oka dostrzegam na ścianie Jezusa wiszącego na krzyżu. Słabo się rzuca w oczy. Absolutnie nie ma siły przebicia.

A przecież to On jest tutaj najważniejszy. On jest tutaj szefem. Jego przesłanie jest najważniejsze. “Ja za ciebie umieram, bo jesteś zły. Doceń to i spójrz w lustro.” Święta wielkanocne wszak mają być czasem refleksji, wyciszenia, zastanowienia się nad samym sobą. Ta refleksja powinna doprowadzać do stwierdzenia: “Cholera jasna, muszę się wziąć za siebie.”

I tego właśnie wszystkim chciałbym życzyć. Przemyślenia wszystkich swoich spraw w ciszy i wzięcia się w garść. Żeby każdy z nas miał siłę od nowa zawalczyć o swoje i być przy tym dobrym człowiekiem. Wesołych Świąt!

Jednocześnie pragnę poinformować, iż jest to ostatni bądź jeden z ostatnich moich wpisów na tej stronie.

Planuję przenieść interes pod adres kbarcik.pl i tam postaram się rozszerzyć w swoją działalność. Już dziś wszystkich zapraszam.

Na gwałt poszukuję grafika, który za symboliczne wiadomo co wykona oprawę mojej nowej strony. Jeśli więc znasz kogoś, kto zna kogoś, kto ma kolegę, kto ma brata, który ma kolegę, który zna grafika – koniecznie daj znać.

Sport: bawi, uczy, przestrasza

Nie chcę bawić się we Włodzimierza Szaranowicza, który przy okazji komentowania skoków zwykł snuć filozoficzne wywody, niejednokrotnie zapominając o bieżących wydarzeniach na skoczni. Nie chcę też nikomu wmawiać, że ma uwielbiać Małysza bardziej, bo się biedak wywalił i trochę potłukł. Nie będę też nikomu wmawiał, że to wszystko wina Niemców i że prawdziwy polski bohater musi cierpieć, bo przecież jest z Polski. Bez używania wielkich słów pragnę tylko zauważyć, że po dzisiejszym konkursie znów jesteśmy dużo mądrzejsi. My znawcy skoków, Formuły 1 i piłki ręcznej.

Wspaniałą imprezą zakopiański Puchar Świata jest. Tysiące ludzi z trąbkami, szalikami, czapkami i schowanymi pod kurtkę piersiówkami. Krzyczą, wrzeszczą, piszczą, wcinają oscypki. Wszystkiemu przygrywa Robert M. (nie Mateja). Większość z tych ludzi, aby dotrzeć pod Giewont, zmuszona była poświęcić najnowszy odcinek ulubionego serialu i niedzielną wizytę w galerii. Przyjechali dla Małysza. Pokibicować i rzecz jasna wypić.

Małysz wygrywa. Ludzie szaleją. Dzień później jest szósty, dając do zrozumienia, że nie jest maszyną. Ale nic to. Zabawa trwa. Aż tu nagle szok. Nasz Orzeł upada i bezwładnie toczy się po zeskoku. Cisza. No jak to? Nasz Adam? Niemożliwe. W jednej sekundzie kilkanaście tysięcy ludzi uświadamia sobie, jak niebezpieczne widowisko ogląda. W jednym momencie ukazuje się drugie oblicze sportu – i życia w ogóle. Raz triumfujesz, raz jesteś niemiłosiernie poniewierany. Po gorzkiej lekcji przychodzi rekompensata. Kamil Stoch, w którego mało kto wierzył, zwycięża. Znów są wrzaski, krzyki, piski. Jest drugi raz tego weekendu “Mazurek Dąbrowskiego”.

Dlatego sport jest piękny. Dlatego Rzymianie woleli igrzyska od teatru. Emocji nie da się wyreżyserować. To jest właśnie wyższość widowisk sportowych nad będącymi symbolem tandety – serialami i telewizyjnymi pseudowidowiskami typu “Gwiazdy płoszą gołębie”. Tu emocje są prawdziwe, a Małysza naprawdę boli. A Stoch naprawdę wygrał.

Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Co zaś zrobi Mroczek (nieważne który), można bez problemu przewidzieć. No i przynajmniej Maciej Kurzajewski wygląda jak człowiek, gdy ma na sobie kurtkę narciarską, a nie śmieszną czapkę z lisa.

Adamowi szybkiego powrotu do zdrowia.

Lata “dwutysięczne”

Lubię podsumowania. Niby staram się żyć z dnia na dzień, ale czasem lubię się zatrzymać i wypunktować sobie pewne sprawy. Widać wtedy to, co w codziennym pośpiechu umyka. Dziś uświadomiłem sobie, że nadarza się okazja do bardzo ciekawego podsumowania. Właśnie dotarło do mnie, że za kilkanaście dni skończy się pierwsza dekada XXI wieku. W odniesieniu do kolejnych dekad zawsze panuje przeświadczenie, że był to jednolity okres, który streścić można za pomocą kilku haseł. I tak: lata pięćdziesiąte to stalinizm, a lata dziewięćdziesiąte to disco polo. I koniec, kropka. Zastanawiam się, jak w przyszłości kojarzyć się będzie ta dekada, która właśnie dobiega końca? Czym charakteryzują się “lata dwutysięczne” poza tym, że nie da się ich nazwać zgodnie z konwencją (“lata zerowe” też odpada)?

Pamiętam to bardzo dokładnie. Był 4. stycznia 2001 roku.  Właśnie wróciliśmy z rodzicami z zakupów. Włączyłem telewizor. Przez następne dwie godziny nie odrywałem od niego oka. Adam Małysz wygrywał właśnie konkurs skoków w Innsbrucku, deklasując rywali w sposób upokarzający. Bodajże 45 punktów przewagi nad drugim Ahonenem. W tym oto momencie rozpoczynała się “Małyszomania”, o istnieniu której jeszcze wtedy nikt nie wiedział. Dziś, gdy zaczynałem zbierać się do napisania tego artykułu, Orzeł z Wisły zajął 3. miejsce. Dlatego go cenię i szanuję. Przez te lata zmieniło się wszystko, a on nadal jest. I nadal jest dobry.

Wystarczy przejrzeć pierwsze z brzegu kalendarium 2001 roku, aby mieć pogląd na to, czym były “lata dwutysięczne”. W styczniu wystartowała Wikipedia. Każdy student i uczeń szkoły jakiegokolwiek szczebla wie, jak bardzo przełomowy był to wynalazek. Nikt nie zliczy, ile referatów, wypracowań, a nawet prac magisterskich powstało w oparciu tylko o nią. Sprawa rozpowszechniła się do tego stopnia, że niektórym ciężko wyobrazić sobie naukę przed Wikipedią.

Informatyzacja to na pewno jeden z ważnych wyznaczników dekady. To czy stanie się symbolem epoki zależy od tego, w którą stronę pójdzie. Jeśli w przyszłości okaże się, że już zawsze będziemy siedzieć pół dnia na Facebooku i przegadywać całe noce na GG z ulubioną koleżanką, to zapewne nikt nie będzie zwracał uwagi na to, kiedy to się zaczęło. Jeśli jednak wrócimy do parków, na skwery i boiska do piłki nożnej, to pierwsza dekada XXI wieku rzeczywiście kojarzyć się będzie z Facebookiem, Wikipedią i wtyczką USB.

W 2001 roku rozpoczęła się także emisja pierwszej edycji polskiego Big Brothera. Jako typowy konserwatysta stwierdzam, iż w tym momencie skończyła się pewna epoka. Całe szczęście, że globalny show-biznes nie zdążył jeszcze zjeść wszystkiego, co istnieje. Jeszcze są takie miejsca, gdzie można usiąść na trawie i podrapać się po tyłku, z dala od promocji, billboardów i cycków Dody. Ciekaw jestem, ile czasu minie zanim zobaczymy transmisję live z czyjejś śmierci.

Podaję tylko kilka przykładów. Było jeszcze World Trade Center, katastrofa Tupolewa i skandal związany z tym, że “Dudka na mundial nie wzięli”. Byliśmy świadkami kilku powodzi stulecia, wejścia do Unii i dwunastu edycji “Tańca z gwiazdami”. Z pokorą wysłuchaliśmy Mandaryny, Britney Spears i zespołu Feel. Do naszego słownika weszły cytaty z “Dnia Świra”, “Testosteronu” i “Niezapomnianej osiemnastki”. Nie było natomiast końca świata, Murzyna-papieża oraz zmiany prowadzącego “Familiadę”. Kiedyś będziemy to wszystko wspominać.

Być może jeszcze powrócę do tego tematu. Urywam w pół zdania, celowo nie odpowiadając pytanie postawione na samym początku. O ile bowiem można w miarę obiektywnie wypowiadać się o wydarzeniach sprzed 10 lat, o tyle wydarzenia z przedwczoraj, wczoraj i dziś muszą jeszcze poczekać, zanim możliwe będzie powiedzenie czegokolwiek mądrego na ich temat. A poza tym, kto powiedział, że w 12 ostatnich dniach pierwszej dekady XXI wieku nie zdarzy się coś, co zapadnie w pamięci potomnych jako cecha charakterystyczna mijającej właśnie epoki?

Naród bezczelnie zawzięty

W głowie się to pomieścić nie mogło. Średniej wielkości naród po 123 latach niewoli, wynaradawiania i eksploatacji gospodarczej stanął na nogi, tworząc podstawy niepodległego państwa i – jakby tego było mało – zaczął dążyć do uzyskania z miejsca znaczącej pozycji w tej części świata. Na każdym kroku używał do tego najprostszego i zarazem najskuteczniejszego sposobu przekonywania do swoich racji. Polski temperament od razu podpowiadał rozwiązanie: temu, kto się sprzeciwia trzeba dać w zęby i po sprawie. A że Polacy do bitki zawsze byli pierwsi, oberwało się prawie wszystkim sąsiadom. No nic, zbudować duże terytorialnie państwo można było tylko rozpychając się łokciami.

No i się doigrali. Na wschodzie Ruscy mieli, delikatnie mówiąc, inny pomysł na urządzenie świata. Zanim jeszcze skończyli robić porządek u siebie, ruszyli na Zachód – szerzyć ustrój, w którym wszyscy mieli być równi, z tym że niektórzy równiejsi.

Na logikę Polska była bez szans. Przynajmniej tak uważano na Zachodzie. Nikt już w lipcu 1920 roku tego “sezonowego” państwa nie traktował poważnie. Należało się raczej zastanowić, co zrobić, gdy Polska upadnie. Bolszewicy musieli ruszyć na Niemcy i resztę Europy, gdyż doktryna rewolucji światowej nie dawała im innego wyjścia. To nic, że Armia Czerwona była bardzo słabo wyposażona. Liczono na wsparcie niemieckich komunistów, których w Republice Weimarskiej było na pęczki.

W czasie, gdy zachodni dygnitarze jeden po drugim skreślali z notatników słowo “Polska”, w Warszawie słychać było huk dział spod Radzymina. Nie brzmiało to dobrze. Warszawiacy, czerpiący do tej pory swoją wiedzę na temat działań wojennych głównie z prasy, uświadomili sobie nagle, że Ruscy są już niedaleko. Za dni kilka wkroczyć mogą do stolicy, a wtedy sprawa będzie właściwie przesądzona.

I tu następuje moment decydujący. “Normalni” ludzie zawinęliby się na piętach i zaczęli spieprzać na drugą półkulę. Ale nie Polacy. Wtedy, kiedy wydawało się, że ojczyzna jest już stracona, w ciągu kilkunastu dni na ochotnika do wojska zgłosiło się 150 tysięcy osób. Właśnie wtedy, kiedy logika i instynkt przetrwania podpowiadały, aby olać Polskę i zadbać o swój własny tyłek, oni poszli pod prąd, jakby każdy z nich miał powiedzieć: “Niech Polska zginie, ale najpierw będziecie musieli mnie zabić!”

Dlatego szanuję tych ludzi. Sam nie jestem pewien, co bym zrobił. Wynik bitwy warszawskiej w kategoriach bukmacherskich można oceniać jako niespodziankę. Niespodziankę – ale nie cud. I odejdźmy już od tej terminologii. Żadnego cudu nie było. To tylko geniusz dowódców i zaciśnięte ze złości zęby polskiego żołnierza zdecydowały o tym niebywałym sukcesie, jakim był pogrom wojsk radzieckich pod Warszawą.

Polacy uratowali tyłki nie tylko sobie, ale i większości Europy. Ciekaw jestem, ilu obywateli zjednoczonej Europy wie, jakie święto obchodzą dziś dumni ze swoich pradziadów Polacy?

Czyja racja jest najmojsza?

Tragiczny wypadek prezydenckiego samolotu z 10 kwietnia br. spowodował wiele złego w dziedzinie polskiego życia publicznego. Chaos, zamieszanie, nowa sytuacja dla wszystkich. Dziś jednak żałoba już dawno za nami, Lech i Maria Kaczyńscy spoczywają w pokoju w Katedrze Wawelskiej, tak więc sprawą drugiego planu staje się to, ilu wybitnych polityków Najjaśniejsza Rzeczpospolita utraciła. Problem leży gdzie indziej. Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że największą szkodą, jaką ten tragiczny wypadek uczynił jest fakt, że do stojącego na bardzo niskim poziomie sporu politycznego w naszym kraju wkroczyła tematyka śmierci. A to zawsze bardzo niebezpieczna, bo delikatna sprawa.

Jak delikatna mieliśmy okazję przekonać się przy okazji zadymy związanej z próbą przeniesienia krzyża spod Pałacu Prezydenckiego. Tak, “zadymy” – bo tak to trzeba nazwać. Kuriozum tej sytuacji przechodzi ludzkie pojęcie. Tłum agresywnych ludzi walczący z policją i strażą miejską, wyzwiska i inne prymitywne zachowania przypominające wybryki stadionowych chuliganów. Kuriozum polega jednak na tym, że tłem tego całego zamieszania jest krzyż, który z definicji jest symbolem miłości boskiej i wszystkich wiążących się z tym pozytywnych wartości. Co więcej, okazuje się jednak, że symbol ten w polskich realiach wymknął się spod kontroli głównemu “administratorowi” tradycji katolickiej, czyli Kościołowi.

W polskiej polityce od lat jesteśmy świadkami przekrzykiwania zamiast przekonywania, pyskówki zamiast debaty, nadmiaru gadania przy równoczesnym niedoborze działania. Jedni drugich przekonują, że Polska jest tu, gdzie oni, a reszta niegodna jest bycia Polakami. Jakby tego było mało, dołączyła do tego tematyka śmierci. Niemodne jest nazywanie przeciwnika politycznego “złodziejem”. Teraz, żeby mocno uderzyć, należy nazwać go “mordercą” albo “zbrodniarzem”. Zatrważające.

Wydarzenia, które miały miejsce pod Pałacem Prezydenckim znamionują, że polska demokracja nie jest obecnie w najlepszej kondycji. Może to i żadna nowość, ale w całym tym zamieszaniu jeszcze jedna rzecz jest bardzo istotna. Niezależnie od tego, czyja racja jest najmojsza, niepokojące musi być zwycięstwo tłumu. Krzyż – przynajmniej na razie – pozostał. Świadczy to o tym, że grupa radykalistów sterroryzowała funkcjonowanie państwa, nie dopuszczając do realizacji decyzji administracyjnej Kancelarii Prezydenta. Nosi to znamiona ustroju, który Polibiusz nazwał “ochlokracją”. Według wszechwiedzącej Wikipedii są to rządu tłumu, motłochu, “zwyrodniała forma demokracji, w której władza sprawowana jest przez (…) ulegający zmiennym emocjom tłum”. Czyż nie tak właśnie się stało?

Witaj na mojej stronie!

Witam serdecznie wszystkich odwiedzających. Postanowiłem iść z duchem czasu i założyć własną stronę internetową. Na razie niewiele się tu dzieje, ale zapewniam, że dziać się zacznie.

Strona nie będzie posiadać jednego tematu przewodniego. Będą tu pojawiać się krótkie artykuły mojego autorstwa na każdy temat, co do którego uznam, że warto się wypowiedzieć. Będzie  o polityce, o sporcie, o górach i nie tylko. Nie będzie spraw prywatnych. Artykuły można komentować, także zapraszam do dyskusji.

Już wkrótce pierwsze wpisy.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.